Moje konie - kalendarium

/ 6 komentarzy / 33 zdjęć

Moje konie - kalendarium - jeździeckie, koni, zdjęcia, opinie

Długo zastanawiałam się, jak zabrać się do napisania artykułu, który mógłby wziąć udział w konkursie galopuje.pl. Wstawić zdjęcia z krótkimi opisami? Jakoś nie do końca mi to pasowało, bo przecież każde zdjęcie to cała historia. Ale z kolei pisać i pisać i pisać o każdym zdjęciu…
W końcu wymyśliłam. Postanowiłam zrobić przegląd, coś w rodzaju kalendarium mojej konnej przygody. Będzie to opowieść, która przybliży Wam moją osobę, miłość i zaufanie, jakim darzę swoich czworonożnych kompanów.

Tak naprawdę to trzeba by było cofnąć się w czasie o ładnych kilkanaście lat, kiedy to jako kilkunastolatka spędzałam całe dnie w stadninie- sprzątałam, polerowałam, czyściłam uprząż i konie… Siedziałam tam całymi dniami, z przyjemnością spędzałam czas wśród koni, a po pracy mogłam pojeździć pod okiem instruktora.

Czas szkoły średniej oddalił mnie trochę od tych zajęć, ale w miarę możliwości starałam się raz na jakiś czas zajechać do stadniny na jazdę. Kolejną przerwą były studia, które wygnały mnie daleko od domu, a nauka i dodatkowa praca nie pozwalały mi już na znalezienie czasu na swoje hobby. Brak jakiejkolwiek stadniny w pobliżu też. Potem było tylko gorzej, bo pomimo przejścia na studia wieczorowe, to czasu było jeszcze mniej- praca na pełnym etacie, egzaminy… Na kilka lat konie odeszły z mojego życia. Pozostały tylko w moich myślach i na okładkach zeszytów…
Dopiero w lipcu 2009 roku, kilkanaście lat po moim pierwszym kontakcie z koniem i siodłem, uparłam się, żeby coś z tym zrobić. Szczęście sprzyjało- niedaleko mnie „rozbili obóz” koniarze. Przyjechali na wakacje, aby trochę podszkolić tych wieśniaków, którzy załapią końskiego bakcyla. Od razu wykupiłam pierwsze 10 lekcji i w każdy wolny dzień umawiałam się na jazdy, często także po nocnych zmianach. Niestety wakacje się kończyły, pojawiły się przyczepy, które miały odwieźć konie do domu, a ja znowu miałam zostać sama… (załącznik- zdjęcia 1-2).

W głowie zaczął się rodzić pomysł… przeglądanie ogłoszeń, kupowanie gazet o tematyce jeździeckiej, zamawianie niezliczonej ilości książek, rozmowy z wieloma osobami, wreszcie wycieczki, które miały na celu obejrzenie stwora…
W międzyczasie znajomy Taty zaproponował mi „wypożyczenie” swojego Zwierzaka, abym mogła zobaczyć, jak to jest. Ale bałam się, że pokocham, a potem będę musiała oddać… a pustka, która wtedy powstanie będzie boleć… Zamiast tego uzyskałam pewien namiar. Jeszcze tego samego dnia tam pojechałam… i znalazłam to, co chciałam. Chowało się tak jakoś, krążyło, pozornie nie zwracało na mnie uwagi, nie pchało się do głaskania, jak pozostała trzydziestka. Zerkało tylko toto od czasu do czasu.
Umówiliśmy się z panme, że przyjedzie na początku września. Mieliśmy trochę ponad tydzień na zbudowanie ogrodzenia, załatwienie siana i słomy, kupienie siodła i wszystkich potrzebnych rzeczy, boks był praktycznie gotowy, tylko odmalowałam wapnem.

I stało się… 7 września 2009 roku przyjechało… KOŃ. Całkiem mój. ROMINA. Jej… tak naprawdę do dzisiaj jestem w szoku… w wieku 26lat moje największe marzenie się spełniło! Jestem niesamowitą szczęściarą!
Oczywiście aparat poszedł w ruch- pierwsze dni w nowym domu, pierwsze lonżowanie do którego wolałam założyć kask, bo przecież bezpieczeństwo to podstawa, a nie wiedziałam jeszcze, jak kobyłka się zachowa, co zrobi. Jeszcze na tyle się nie znałyśmy. I w końcu pierwsze jazdy, na które koniecznie zabierałam swojego ówczesnego narzeczonego – Jakuba, żeby w razie „w” miał mnie kto pozbierać. Później nabierałyśmy do siebie coraz większego zaufania, więc i same wybierałyśmy się na padok, z czasem na pierwsze wypady w teren. (załącznik- zdjęcia 3-5).

Nasza pierwsza wspólna zima była całkiem udana- czyli mroźna i śnieżna. Galopy w miękkim puchu sprawiały nam masę radości, a i lonżowanie pozwalało na rozruszanie kości. Kilka warstw ubrań, ciepłe rękawice i ruszałyśmy :-) (załącznik- zdjęcia 6-7).


Wkrótce na wypady w teren zaczęłam zabierać swoją sunię- Kirę. Dobrze czuła się w towarzystwie konia, więc postanowiłam spróbować. Szybko nauczyła się chodzić przy nodze Rominy we wszystkich chodach, pilnowała nas :-) A my robiłyśmy coraz większe postępy, razem uczyłyśmy się galopować, poznawałyśmy swoje charaktery i humorki, uczyłyśmy się siebie.
Czasami na spacer wybieraliśmy się w szóstkę- ja na Rominie, a Jakub z 3 psami. Szalałyśmy po polach, a Kira nie odstępowała nas na krok. Tak też jeździmy do dzisiaj. (załącznik- zdjęcia 8-10).


Czas jakoś leciał, a mi było przykro, ze Romina jest sama. Kombinowałam, co by tu zrobić… Drugi koń, to jednak dodatkowy obowiązek, a treningi z moją klaczą i praca już i tak zajmowały mi sporo czasu. Ale cały czas myślałam.
Często przeglądałam strony fundacji ratujących końskie życia. Ale równie często bałam się, czy dałabym sobie radę z drugim koniem. Któregoś dnia moją uwagę przyciągnęło zdjęcie małego źrebaczka, który został uratowany od rzeźni. Wyobrażacie sobie?! Przecież to jeszcze dziecko! Coś w tych oczach nie dawało mi spać…A przecież widziałam i inne konie… ale te oczka po prostu mnie zauroczyły…
Rozmowy z mężem, podliczenia finansowe, w końcu kontakt z fundacją… Tak naprawdę, to po jakimś tygodniu od zobaczenia zdjęcia w stajni pojawił się „nowy”. Nie wspomnę o całej wyprawie, jaką było samo przywiezienie Malucha. Wyjazd o 4 rano, setki kilometrów jazdy, załadunek i bez żadnej przerwy powrót. Do domu dotarliśmy bardzo późno, a jeszcze trzeba było odstawić wypożyczoną przyczepę… Byliśmy wykończeni. Maluch z pewnością też. Zaprowadziliśmy go do jego boksu, daliśmy sana i wody i zostawiliśmy w spokoju.
Maj 2010 wspominamy z łezką w oku. Tristan- taki malusi, kudłaty, z tymi swoimi smutnymi oczkami, zamieszkał obok Rominy. Dołączam zdjęcia z datami- z kudłatego, pękatego maleństwa wyrasta naprawdę śliczne konisko. (załącznik- zdjęcia 11-15).

I nadeszła kolejna zima, ale Romina już nie spędza jej sama. Pomimo padającego śniegu koniska spędzały czas na dworze, zresztą zawsze staramy się, aby w miarę możliwości nie stały w stajni. Sierści dostały puchatej, szczególnie Tristan, a ja ze strachem myślałam o zbliżającej się wiośnie- no bo kto to wszystko z niego wyczesze?! Ale na razie zimą i śniegiem cieszyły się wszystkie zwierzaki, także nasze Piechy. (załącznik- zdjęcia 16-18).

Tristan robił się coraz większy i powoli trzeba było zaczynać jakąś pracę z nim. Już wcześniej była nauka chodzenia na uwiązie, ale nasze Maleństwa zaczęło wykazywać nadmiar energii, a lekka praca na lonży mogła pomóc. Szybko załapał, o co chodzi, nauczył się ładnie zmieniać kierunki, reagował na komendy głosowe. Czasami nawet zdarzało mu się zagalopować, czego wcale znowu nie hamowałam- no skoro ma ochotę, to niech trochę pogalopuje. Pocieszny, taki grubaśny stworek (po zimnokrwistej matce, ojciec to podobno Oldenburg), wyglądał niesamowicie, gdy pierwszy raz postanowił sobie pobrykać. Jego harce widać na zdjęciach, zresztą czasami oboje lubią sobie pobrykać.( załącznik- zdjęcia 19-22).

Po kilku miesiącach wspólnej pracy postanowiłam spróbować z Rominą czegoś nowego. W końcu ile można jeździć wolty, półwolty, ósemki, zmiany tempa… potrzebowałyśmy nowego elementu w treningach. Razem z mężem zbudowaliśmy koziołki, Rominie założyła ochraniacze…. No i proszę- ćwiczymy. (załącznik- zdjęcie 23).

Niestety obecnie pogodę mamy, jaką mamy. Najpierw cały czas padało, a potem wszystko kompletnie zmroziło. Dołączam fotki z 23.01.2012, kiedy to jeszcze błotko było na wybiegu i moja kochana paskuda postanowiła skorzystać z zabiegów upiększająco- pielęgnacyjnych. Heh… Na szczęście dla mnie błotną maseczkę nałożyła tylko na jeden bok. Ale co z tego- dopóki błoto mokre, nie ma sensu tego szczotkować, więc z jazdy nici. Ale zawsze pozostaje lonża… (załącznik- zdjęcia 24-25).


Zabawy na padoku to rzecz dziwna… Rudy zawsze najpierw zaczepia, a potem zdziwiony, że w ruch idą zęby…
Przez te ich zębiska parę miesięcy temu musiałam oba koniska obciąć na króciutko, bo tak się powygryzały, że miały duże braki w grzywach… wyrównanie i ścięcie to była jedyna możliwość… a szkoda, bo ja naprawdę lubię konie z grzywami. Teraz obie grzywy już odrastają. (załącznik- zdjęcia 26-28).


Nadal od czasu do czasu robię wypady w teren z dwoma końmi. Ostatnio udało mi się zabrać i fotografa, któremu prawie udało się złapać w kadrze brykającego Tristana. Co prawda tylne nogi już na ziemi, ale patrząc na ogon można się domyśleć, gdzie przed chwilą się znajdowały.
Powrót do domu strasznie mi się dłużył, bo jakiś taki wiatr się zerwał, zrobiło się jeszcze zimniej, a mój rudy osiołek postanowił się zdrzemnąć… Musiałam go od czasu do czasu poganiać końcem uwiązu. Cała już zesztywniałam. Pomimo 3 par skarpetek powoli zaczynałam zapominać o istnieniu palców u nóg. Starałam się wyciągnąć nogi ze strzemion i trochę nimi poruszać, pomachać też tymi nieszczęsnymi paluszkami, ale jakoś sytuacji to nie poprawiło. Przy zsiadaniu już pod stajnią, mąż mnie asekurował, bo jak słowo daję, nie byłam pewna, czy sama ustanę. (załącznik- zdjęcia 29-33).


„Materiał zgłoszony na konkurs galopuje.pl”.


 

4.3
Oceń
(7 głosów)

 

Galopuje.pl poleca

 

Moje konie - kalendarium - opinie i komentarze

CanterCanter (2012-02-02 17:37)
0
Świetna fotorelacja, a szczególnie przypadły mi do gustu zdjęcia z pieskiem i jak jedziesz z dwoma konikami :0 Sama czasem tak robię z siostrą Konopiastej, więc wiem, jakie to fajne uczucie :D
MissJulliardMissJulliard (2012-02-09 11:33)
0
Czyli marzenia się spełniają. Fajnie :) Może i moje sie spełnią :D Mam takie pytanie napisałaś, że wolisz trzymać konie na padoku. czy to się sprawdza ? (tzn sprawdza się jak widać, skoro tak robisz), ale chodzi mi o to, jak to wygląda, jak często jeździsz, czym je karmisz... mogłabyś mi przybliżyć nieco takie codziene czynności? (chciałabym zobaczyć czy wiele się różnią od tych w stajni, w której jeżdżę :D) I czy będziesz zajeżdżać w najbliższym czasie Tristiana? Bo bardzo ładny koniś z niego wyrósł i pomyśleć, że miał skończyć jako kawał mięcha... Gr. Masakra :(
Karina83Karina83 (2012-02-10 11:49)
0
To trzymanie na padoku -chodziło mi o to,że w dzień stoją na dworku ile się da :-) Nie prowadzę chowu bezstajennego.Moje koniska na noc pakowane są do stajni.Reszta odpowiedzi na priv :-)
MissJulliardMissJulliard (2012-02-10 15:00)
0
Aaaa... :) bo tak mnie to właśnie zastanawiało. W Polsce są no średnie warunki do chowu bezstajennego, ale jak byłam w Niemczech, to na początku wprost nie mogłam uwierzyć w to jak tam to wszystko wygląda. Jadąc drogą z lewej i z prawej strony były wielkie, płaskie pastwiska, jedynie odgrodzone płotkami, a na nich konie. (Byłam na wymienia i dziewczyna u której mieszkałam jeździła konno i raz mnie zabrała. Okazało się, że ona nigdy nie jeździła w siodle, a jedynie na oklep, co również mnie zaskoczyło). Dlatego zastanawiałam się czy w Polsce też by to było możliwe, ale chyba jednak ciężko... :))
Lys RoyalLys Royal (2012-06-22 22:43)
0
cudowny wpis :) widać, że konie to całe Pani życie :) i piekne ma Pani konie :D
Sulek-moje szczescieSulek-moje szczescie (2013-05-05 14:18)
0
Super! Zwłaszcza te zdjęcia! Ja zaraz jadę do mojego na rowerze (kawałek jest, wczoraj też byłam na jeździe, tyle, że nie na Sulu, bo chory...)!

skomentuj ten artykuł